Czytam. Czytam kolorowe gazetki-,
bo muszę. Muszę czymś zabić czas w pracy, muszę być na topie, muszę wiedzieć,
co i komu polecić.
Czytam, wnioskuję, i jestem przerażona.
Marcowe numery periodyków. Jeden z poczytnych
kolorowych magazynów. Artykuł, o, dajmy mu na imię Kuba, o Kubie.
Otóż Kuba miał żonę, która miała przyjaciółkę, która miała męża. I jak się
można domyślić ten łańcuszek, analizując od końca zaczął się kruszyć. Najpierw mąż zostawił
przyjaciółkę dla innej, później przyjaciółka uwiodła męża, a na koniec sama
wszystko wyśpiewała przyjaciółce-żonie. Efekt? Niestety, nie taki, jakiego się
spodziewałam. Przyjaciółki wspólnie ustaliły, że „faceci to świnie” i kazały ,,świni" się wynosić z ich życia. A wszystko to niemalże „za ścianą” naszych mieszkań!
Nic to, przeglądam dalej. Kolejny artykuł. Pani, niebieskooka niewinna, i Pan,
zabójczo zakochany w żonie. Ona- ofiara patologii małżeńskiej, on- zdradzany
mąż. Oboje po przejściach, jakimś niewiarygodnym cudem jadą na te same wakacje
i spotykają się setki razy, to pod wyciągiem, to na ulicy. Zaczynają tworzyć
najszczęśliwszą parę pod słońcem.
I do czego skłoniły mnie te artykuły? Do
postawienia sobie pytania, które stawiam i tutaj: czy nie da się już stworzyć
normalnego, zdrowego związku nie przechodząc wcześniej piekła, nie tworząc,
ani nie być ofiarą jakiejkolwiek patologii? Wydaje mi się, że taki właśnie obraz miłości kreują uparcie mądre poradniki...
Taka tam rzecz o niczym na początek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podziel się ze mną swoimi myślami.